WTOREK - 15.08.2017 - Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

Łk 1,39-56

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”.
Wtedy Maryja rzekła: Wielbi dusza moja Pana,
i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim.
Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy.
Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą
wszystkie pokolenia.
Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.
Święte jest imię Jego.
A Jego miłosierdzie na pokolenia i pokolenia
Nad tymi, którzy się Go boją.
Okazał moc swego ramienia,
rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.
Strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych.
Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił.
Ujął się za swoim sługą, Izraelem,
pomny na swe miłosierdzie.
Jak obiecał naszym ojcom
Abrahamowi i jego potomstwu na wieki.

Bardzo często możemy usłyszeć słowa zapewniające nas o tym, że Królestwo Boże jest w nas, że jesteśmy przyjaciółmi Jezusa i do Niego należymy, że Niebo wpisane jest w krajobraz naszego życia. Codzienność jednak bezpardonowo weryfikuje te obietnice. I nie tylko chodzi o trudności, przeciwności i cierpienia, które nas dotykają. Chodzi też o kondycję naszej duszy, o słabość i grzech, które w niej się przewalają. Niebo zdaje się oddalać albo zachodzi mgłą zwątpienia. Ale zaraz! Jezus naprawdę zmartwychwstał a Jego Matka Maryja stoi u Jego boku jako wniebowzięta. Tylko czy Ona myślała o tym Niebie w chwilach, gdy zdawało się ono tak mało realne? Najpierw ukryte, ciche i pokorne życie w Nazarecie. Potem, gdy wypowiada swoje fiat, swoje tak, niech mi się stanie według Twego słowa, zaczynają się schody. Groźba ukamienowania, nawet Józef miał wątpliwości. Ucieczka przed złością Heroda, zamknięte drzwi w Betlejem, tułaczka po Egipcie, docierające do Jej uszu opinie o Synu, że jest Belzebubem, wreszcie powalająca informacja o pojmaniu Jezusa i bólem przeszyte serce pod krzyżem. Wniebowzięcie nie jest nagrodą za piękne i wierne życie. Wniebowzięcie Maryi z ciałem i duszą jest konsekwencją wybrania i powołania. Ta bowiem, która urodziła się bez grzechu pierworodnego nie mogła ulec skażeniu. Naczynie, które przyniosło Łaskę i Zbawienie nie mogło tak po prostu zostać rozbite o kamień grobu. Nie może zabraknąć Matki u boku Syna Bożego. Jezus jest Bramą, ale Maryja pomaga nam ją otworzyć. W tę dzisiejszą Uroczystość spoglądamy na Maryję i pragniemy dołączyć do grona Jej dzieci. Co prawda, jako członkowie Kościoła już do niego należymy, ale zawsze tę przynależność możemy pogłębić i potwierdzić. Każdy z nas otrzymał na chrzcie św. zapewnienie życia wiecznego. Tak więc Niebo w pewnym sensie i w naszej sytuacji jest konsekwencją i naturalną koleją rzeczy tego kim jesteśmy. Jednak pamiętajmy, że nawet najpotężniejsze drzewo pozbawione korzeni upadnie i uschnie. Nawet najdłuższa rzeka odcięta od źródła wyschnie. Nawet najbardziej pobożny chrześcijanin bez więzi, bez relacji z Jezusem, bez pokarmu Jego Ciała i Słowa może zgasnąć i odpaść. Wniebowzięcie Maryi pokazuje i przypomina nam drogę, jej cel oraz kierunek. Niebo jest otwarte tak jak serce naszego Pana. Ale trzeba chcieć tam się dostać. Uczyńmy to tak jak Maryja i razem z Maryją.

„Ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” – tymi słowami Papież Pius XII w 1950 roku oficjalnie ogłosił Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny wraz z ciałem jako dogmat Kościoła katolickiego.

Homilia z dzisiejszej Uroczystości do odsłuchania, jak zwykle do poduchy. Pozdrawiam, ks. cezary

                                                                            

XIX NIEDZIELA ZWYKŁA. ROK A - 13.08.2017

Mt 14, 22-33
Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już o wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!» Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!» A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!»
Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?» Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: «Prawdziwie jesteś Synem Bożym».

Ponieważ Liturgia Słowa dzisiejszej, XIX Niedzieli Zwykłej, przynosi nam fragment Ewangelii czytanej w ostatni wtorek, dlatego w tym rozważaniu spróbujemy uchwycić to, co Bóg mówi do nas dzisiaj w kontekście pierwszego czytania wyjętego z 1 Księgi Królewskiej. Zanim jednak to uczynimy spójrzmy przez chwilkę na wydarzenie opisane przez św. Mateusza. Oto Jezus po rozmnożeniu chleba i nakarmieniu rzeszy słuchaczy, wieczorem, gdy jest już sam udaje się na górę, aby na modlitwie spotkać się ze swoim Ojcem. Po całym dniu „zabiegania” znajduje czas aby być z Nim sam na sam. Bo miłość przynagla a jedność zobowiązuje. Popatrzmy jak często brakiem czasu lub miejsca usprawiedliwiamy się z zaniedbania naszej więzi z Bogiem. O czwartej straży nocnej czyli gdzieś tak między trzecią a szóstą o świcie, Jezus przybywa na ratunek swoim uczniom, którym polecił przeprawić się na drugi brzeg jeziora. Nasz Pan trwając na modlitwie nie traci z oczu swoich przyjaciół, nie zapomina o nich ani tym bardziej nie porzuca. Modlitwa bowiem nigdy nie alienuje od rzeczywistości dnia codziennego. Modlitwa nigdy nie oddala od drugiego człowieka i jego problemów. To raczej owa rzeczywistość zanurzona w doczesności potrafi stać się przeszkodą w drodze na górę gdzie czeka na nas Pan. Uczniowie Jezusa w dryfującej i rzucanej falami jeziora łódce są wystraszeni i na widok swego Mistrza krzyknęli z przerażenia. Piotr dołoży do tej dramatycznej sceny pytanie, które wyraża jego nieufność a Jezusa wystawia na próbę. Jeśli to Ty jesteś, pozwól… Jezus pozwala. Piotr wychodzi z łodzi i idzie ku Jezusowi, ale po kilku krokach zaczyna tonąć. Stracił z oczu Ratownika, skupił się na tym, co było wokół niego. Zwątpił, że da radę. Znowu postawił na siebie, na swoje możliwości. Ale szybko się nauczył, że bez Jezusa nie potrafi nic. Pan oczywiście wyciąga Piotra i wraca z nim do łodzi. Łódź naszego życia jest ta sama, nie zmienia się, ale uczeń Jezusa jest inny. Lekcja się przydała. I wszystko wokół jest inne, łagodne, spokojne, przemienione. Można płynąć dalej, bo Jezus jest w łodzi a burza, wiatr i sztorm ustaje. Jezus prowadzi swoich uczniów do wyznania ustami, sercem a potem życiem, że to On jest Bogiem jedynym, który zbawia i wybawia. Wzburzone może w Biblii jest symbolem sił zła. Pan uciszając morze i panując nad siłami natury pokazuje, że jest Stwórcą, Mocą i Panem. A zwrócił się do uczniów: odwagi, to ja jestem, nie bójcie się”, zapowiada i przypieczętowuje wszystko to, czego są i będą świadkami. J jestem bowiem to imię Boga, z który Jezus jest jedno.
Ta scena odkrywa przed nami nie tylko Jezusa Ratownika, ale Boga, który przynosi pokój, który wycisza zagubione i rozbite życiem, problemem albo grzechem serce człowieka. Eliasz, prorok działający w północnej części podzielonego już Królestwa Izraela musi uciekać przed żoną króla Achaba, Jezebel. Wcześniej ogromnie się jej naraził wybijając 450 proroków Baala. Nic więc dziwnego, że ta poganka chciała dopaść jednego z ostatnich wiernych Bogu proroka. Ale Eliasz ma już dość. Chce umrzeć, chce się niejako poddać, chce odejść. To już kolejna scena z jego bogatego życia, której nie będziemy teraz przytaczać. Bóg posyła anioła, karmi proroka i poleca mu udać się na Górę Horab. Tam właśnie Eliasz spotyka się z Bogiem. I o tym mówi dzisiejsze pierwsze czytanie. Boga nie było ani w wichurze, ani w trzęsieniu ziemi, ani w ogniu. Eliasz spotkał Boga w lekkim, łagodnym powiewie. A potem rozmowa z Bogiem, o której przeczytamy jeśli sięgniemy do 1Księgi Królewskiej. A w niej Bóg ucisza serce proroka, zapewniając go, że wszystko jest w Jego rękach, że to On jest Reżyserem i dlatego wszystko będzie w porządku. Eliasz wychodząc na spotkanie z Panem był przytłoczony, rozdygotany, trochę zrezygnowany ale też pełen pobożnej złości. Bóg ucisza jego serce, wlewa w nie pokój i zapewnienie o swoje obecności i wierności. Bóg ucisza burzę na jeziorze życiowej sytuacji Eliasza. Jego łódka posługi jako proroka choć nie zmienia się co do powołania i swej natury, może teraz płynąć dalej. Eliasz zaś może realizować swoje powołanie, może wypełnić polecone mu zadanie, gdyż pozwolił aby Pan uciszył jego serce. Na nowo zawierzył Bogu, na nowo oddał w Jego ręce ster swego życia, na nowo zdał się na Niego, na nowo pozwolił Bogu działać przez siebie. Myślę, że Piotr również tego się nauczył, ale tę wiedzę wprowadzał w życie bardzo powoli. A ja? Czasami powtarzamy polskie przysłowie, zwłaszcza proboszczowie, gdy troszkę zżymają się na swoich parafian: „jak trwoga to do Boga”. Ale dokąd, do kogo mamy iść? Szukajmy dróg do Jezusa i samego Jezusa gdy pojawi się trwoga, ale też chwila błoga. Gdy pojawi się burza, ale też gdy świeci słońce. On naprawdę tęskni za nami.

A poniżej jak zwykle homilia z dzisiejszej niedzieli - Letchworth, godz. 13.00. Zapraszam.

                                                               

PIĄTEK - 11.08.2017

Mt 16, 24-28
Jezus rzekł do swoich uczniów: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?
Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania. Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą Syna Człowieczego przychodzącego w królestwie swoim».


Usłyszane dzisiaj słowa Jezusa zostały wypowiedziane zaraz po tym, jak Piotr wziął Pana na bok i czynił Mu wyrzuty, życząc sobie i innym, by ani cierpienie ani śmierć nie przyszły na Niego. Konsekwencją tego i fakt zmartwychwstania, czyli zwycięstwa Jezusa nad grzechem, śmiercią właśnie i szatanem. Jezus wraz z uczniami był w drodze do Jerozolimy. Było już niedaleko. Dlatego przygotowywał ich na moment krzyża opromienionego chwałą. Uczniowie wraz z Piotrem mają oczywiście swoją wizję Mesjasza, wyzwoliciela Żydów spod okupacji Rzymu. Nie rozumieją słów Chrystusa. A On zmuszony jest zgromić Piotra za to, że myśli po ludzku a nie po Bożemu. „Idź precz szatanie, bo…” Ależ to musiało zaboleć.  Skutkiem tego jest dzisiejszy fragment Ewangelii. Nie dość, że krzyż i śmierć nie ominą Jego samego, to ci, którzy zadeklarowali się być Jego uczniami pójdą taką samą drogą, albo bardzo zbliżoną. Naśladować Pana w dźwiganiu krzyża to najpierw wytrwać, nie dać się złamać i nie poddać się w realizacji i wypełnianiu Bożej woli. To być mężnym wyznawcą Chrystusa i głoszonej przez Niego Dobrej Nowiny. Świat nie tylko dzisiejszy, ale ten z wczoraj i jutra szaleje na punkcie chrześcijan. Nawet jeśli nie może ich wybić co do jednego, to chociaż sponiewierać, wyśmiać, podstawić nogę albo wsączyć zwątpienie. Dobrze, że żyjemy po drugiej stronie Golgoty. Mamy pewność zwycięstwa w Zmartwychwstałym i żyjącym Jezusie oraz Duchu, którego nam dał. Idąc codzienną drogą ku Jego Królestwu napotkamy zapewne niejedną Golgotę, na którą trzeba się będzie wdrapać, aby z niej zejść. Może nie mam racji, ale chyba nie do końca idzie o to, by oblepiać się pobożnymi znaczkami wpiętymi w klapę marynarki, albo epatować „świętymi” napisami na koszulkach. Ok, to niech też będzie, ale bardziej chyba idzie o to, aby swoją postawą, wyborami, podejściem do innych ludzi realizować autentyczne chrześcijaństwo. Żyć w duchu i duchem Ewangelii to rzeczywiście ogromne wyzwanie. I być może dlatego Jezus odwrócił się w stronę uczniów i powiedział: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. Naśladuje w tej wierności powołaniu, w realizacji woli Ojca do końca, w byciu świadkiem, w drodze na Golgotę, gdzie tylko kilka osób w całym tłumie gapiów było przychylnych Jezusowi. Naśladuje w miłowaniu i przebaczaniu, krótko mówiąc, w budowaniu Bożego Królestwa w sobie i wokół siebie. Gdy tylko spróbujemy przyjdą burze, ataki i nawałnice, ale ten dom będzie stał, bo na Skale przecież go postawimy. Kiedyś usłyszałem takie słowa: „Krzyż trzeba nieść z godnością a nie wlec go za sobą”. To ciekawe, gdyż w tym sensie naszego rozważania, krzyż bycia chrześcijaninem jest radością i wyzwoleniem dla mnie oraz tłumu gapiów, w którym znajdzie się tylko kilka przychylnych osób. A zatem głowa do góry i do przodu. Wystarczy ci mojej łaski, obiecuje Jezus!

Albo coś do posłuchania. Homilia z dnia. Pozdrawiam serdecznie ks. cezary.

                                                             

ŚRODA - 09.08.2017

Mt 25, 1-13
Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść: "Podobne jest królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie oblubieńca. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły ze sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się oblubieniec opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły.
Lecz o północy rozległo się wołanie: «Oblubieniec idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!» Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: «Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną». Odpowiedziały roztropne: «Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie». Gdy one szły kupić, nadszedł oblubieniec: te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną i drzwi zamknięto. W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: «Panie, panie, otwórz nam». Lecz on odpowiedział: «Zaprawdę powiadam wam, nie znam was». Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny".


W tradycji Izraela wesela trwało siedem dni. Pierwszego dnia wieczorem druhny pozostawiwszy pannę młodą udawały się do pana młodego trzymając w rękach zapalone pochodnie. Potem wracały z nim do jego wybranki i oboje byli odprowadzani do domu pana młodego. Pochodnie nasączone oliwą paliły się tylko przez chwilę, dlatego potrzebny był zapas oliwy. To była zaszczytna funkcja podczas wesela, ale wygaszone pochodnie mogły być obrazą dla gospodarza. To zaś skutkowało wyproszeniem z wesela i zamknięciem drzwi dla spóźnionych gości. W pierwszej kolejności ta przypowieść Jezusa dotyczy zapewne Żydów i pierwszych słuchaczy Pana Jezusa. Jedni są gotowi i pełni wiary przyjmując Boga i zbawienie w Jezusie, obiecanym Mesjaszu, drudzy wręcz przeciwnie. Zauważmy, że jednakowo panny roztropne i głupie zasnęły. Życie przecież wypełnione jest wieloma treściami: praca, dom, szkoła, wypoczynek, zakupy, obiad, itp. Ale wiara i zawierzenie oraz wierność Panu nie ustaje, nie gaśnie i nie wypala się. Serce przez cały czas jest jak monstrancja Jego obecności. Dlatego w każdej chwili życia staram się być gotowym, aby wejść na ucztę, tzn. spotkać się z Panem, tzn. posiąść Jego Królestwo. Bo mam zapas oliwy, bo cały czas należę do Niego, bo w Nim pokładam nadzieję. Nawet gdy się nie modlę czy nie rozmyślam o Bożych sprawach, to On jest moim Panem, fundamentem i szczęściem. To dzięki Jezusowi pracuję, mam dom, chodzę do szkoły, wypoczywam, robię zakupy, gotuję obiad, itp. A zatem nawet gdy śpię, to serce czuwa. Pamiętam jedno wydarzenie z życia i posługi ks. Jana Bosko. Razu pewnego, gdy prowadził katechezę dla dzieci zapytał co by zrobiły, gdyby Pan Jezus właśnie w tej chwili przyszedł, aby je zabrać do nieba. Oczywiście padały różne odpowiedzi. Ktoś np. mówił, że poszedłby do spowiedzi, ktoś inny, że pomodliłby się, inny, że przeprosiłby szybko skrzywdzone osoby, ale jeden chłopiec śmiało krzyknął, że dalej grałby w piłkę. Czyż nie o to chodzi w tej przypowieści? Pozwolę sobie jeszcze na przytoczenie dzisiejszego pierwszego czytania z Ks. Ozeasza: „Na pustynię chcę ją wyprowadzić i mówić jej do serca. I będzie Mi tam uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziła z egipskiego kraju. I poślubię cię sobie na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana.” Poznać czyli posiąść, tzn. wejść w głęboką więź i jedność z Bogiem. Dajmy się zatem skusić i wyprowadzić na pustynię. Znajdźmy czas i miejsce, aby przebywać z Nim tak, by mógł mówić do naszych serc a potem poślubić nas na wieki przez naszą i Jego wierność. To chyba jest ta oliwa. Muszę sprawdzić czym wypełniona jest lampa mojego człowieczeństwa. A zatem do następnego razu. Ciao!

                                                                              

WTOREK - 08.08.2017

Mt 14, 22-36

Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już o wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!» Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!» A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!» Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?» Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: «Prawdziwie jesteś Synem Bożym». Gdy się przeprawili, przyszli do ziemi Genezaret. Ludzie miejscowi, poznawszy Go, posłali po całej tamtejszej okolicy i znieśli do Niego wszystkich chorych, prosząc, żeby ci przynajmniej frędzli Jego płaszcza mogli się dotknąć; a wszyscy, którzy się Go dotknęli, zostali uzdrowieni.


Dla naszego Pana nie ma takiej przeszkody, która mogłaby uniemożliwić Mu dotarcie do nas. Żadna burza ani nawet rozszalałe morza czy oceany nie stanowią dla Niego problemu.  Problem często leży w nas, którzy nie dostrzegamy Jego obecności. Łapiemy się wszelkich możliwych sposobów aby pokonać kryzys, ale Jego nie dostrzegamy. Myślimy, że to tylko jakaś zjawa albo pobożne życzenia. Tymczasem Jezus jest realny i zawsze zdąża na czas. Nawet jeśli jest to czwarta straż czyli świt, między trzecią a szóstą godziną. Łódź naszego życia tonie zalewana falami cierpienia, niemocy czy bólu. My zaś kurczowo trzymamy w dłoniach wiosła ludzkich możliwości albo stawiamy maszt pomysłów na uciszenie burzy. Nawet dobry silnik naszej łódki niewiele tu wskóra. Trzeba nam dostrzec Jezusa i usłyszeć Go. Czy to wystarczy aby było lepiej? Jezus nieustannie nas kształtuje i hartuje, jeśli Mu na to pozwolimy, oczywiście. Dlatego, tak jak wobec Piotra, tak i wobec każdego z nas jest wymagający i zaskakujący. Nawet w takiej chwili. Dobrze. Przyjdź do Mnie. Tak. Nawet po wodzie. Myśląc, że to wszystko załatwi biegniemy, bo chcemy być uratowani i blisko Mistrza. Okazuje się, że nie potrafimy o własnych siłach przejść nawet tych parę kroków, aby objąć Pana. Brakuje nam wiary i zaufania w to, że z Nim potrafimy i damy radę. Zaczynamy tonąć. Pan czeka. Zawołaj! Panie ratuj, tonę, już dalej nie dam rady, bez Ciebie nic nie jest ważne, życie mi się wali, nic mi się nie układa, wszystko traci sens, ratuj, tonę. On tam o świcie, na wzburzonych falach tego świata, wyciąga do mnie rękę i wydobywa z pętli, która już się zaciskała. Najpierw musiałem wyjść z łódki mojego bolącego teraz, aby Pan wprowadził mnie do niej z powrotem. Ale pozwala jej płynąć po spokojnym już morzu, które przed chwilą uciszył. Żydzi wierzyli, że tylko duchy i demony mają władzę nad siłami natury. Jezus, który nie tylko uzdrawia, panuje też nad przyrodą, bo jest Synem Najwyższego. Nawet jeśli to jest ta sama łódka mego teraz, to osadzona w Bożej obecności dzięki której mam szansę dopłynąć do brzegu. Panie pozostań, chwyć ster mego życia i… ratuj, bo znowu tonę.


A poniżej z dnia dzisiejszego homilia do poduchy. 😏 Pozdrawiam, ks. cezary


                                                                        

NIEDZIELA - 06.08.2017 - ŚWIĘTO PRZEMIENIENIA PAŃSKIEGO

Mt 17,1-9

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego, Jana, zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: Twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło.
A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie” Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: „Wstańcie, nie lękajcie się”. Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: „Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie”.


Św. Piotr w dzisiejszym fragmencie drugiego czytania zapewnia nas: „Nie za wymyślonymi bowiem mitami postępowaliśmy (…). Otrzymał bowiem od Boga Ojca cześć i chwałę, gdy taki oto głos Go doszedł od wspaniałego Majestatu: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. I słyszeliśmy, jak ten głos doszedł z nieba, kiedy z Nim razem byliśmy na górze świętej.” Tak więc dzisiejsze Święto Przemienienia Pańskiego jest faktem i rzeczywistością, w której uczestniczył autor tego tekstu. Nie są to mity i baśnie, jak mówi, lecz słowa naocznego świadka. Co zatem zobaczył i czego dotknął swoim sercem św. Piotr? Zapewne (a wnioskujemy to z jego reakcji, gdy podpowiadał Jezusowi, aby postawić trzy namioty), Pan celowo zabrał swoich trzech uczniów na Górę Tabor, aby im coś przekazać i uzmysłowić. (Nie znamy nazwy tej Góry z Ewangelii, ale tradycja tak to umiejscawia). Cała sceneria tego wydarzenia i symbolika przenosi nas bowiem na Górę Synaj, gdzie Mojżesz jako przedstawiciel narodu wybranego spotyka się ze swoim Bogiem. Krótko spójrzmy na te podobieństwa i odniesienia. Po pierwsze: góra i głos. Tam mamy Synaj a tutaj Tabor. Góra w Biblii zawsze jest miejscem spotkania człowieka z Bogiem. Zauważmy, że aby do niego doszło musi być podjęty wysiłek drogi, wspinaczki aby dotrzeć na szczyt. To jest symbol naszej duchowej walki, aby spotkać się z Panem. Ileż to trzeba pokonać w życiu niechęci, braku czasu, zwątpienia i innych przeciwności, aby stanąć przed Bogiem i tak trwać. Tak więc góra i głos. Na Synaju Bóg rozmawia z Mojżeszem i powstaje układ - przymierze (hebr. berit i gr. diatheke). Bóg obiecuje błogosławieństwo, prowadzenie, opiekę a Izrael przestrzeganie prawa Bożego - Dekalogu spisanego na dwóch tablicach. Na Górze Tabor głos Ojca potwierdza prawdę o Jezusie i Jego misji. Po drugie: Mojżesz i Eliasz. Obaj spotykali się z Bogiem na Górze Synaj. Są przedstawicielami prawa i proroków. W naszej scenie przemienienia mamy nowego Mojżesza i Eliasza - Jezusa, który przynosi prawo miłości i głosi Ojca sobą i słowem. Jezus jest tym kontynuatorem Bożego objawienia i dzieła zbawienia już nie tylko narodu wybranego, ale każdego człowieka. Po trzecie: namiot i obłok chwały Pana. Gdy Mojżesz wychodził z namiotu spotkania jego twarz promieniała tak, że musiał ją zakrywać przed ludem. A gdy wstępował do namiotu lub na Górę, obłok chwały Bożej unosił się nad miejscem spotkania. Zawsze w Biblii ten obłok jest symbolem i znakiem obecności Boga, Jego mocy i chwały. I tym właśnie lśniła twarz Mojżesza, który wnosi w lud Tego, z którym się spotkał. Tutaj, Jezusa twarz promienieje a szaty są lśniąco białe. Nasz Pan spotyka się z Ojcem i obłok świetlany ich osłonił. Tak, gdyż Jezus jako Syn Boży jaśnieje chwałą Ojca. Uczniowie na co dzień tego nie dostrzegają, ale tutaj mają okazję zobaczyć, dotknąć i uwierzyć, aby w chwili próby nie zwątpić. Pierwsze, drugie i trzecie daje nam odczuć coś, co mógł przeżywać wówczas św. Piotr. Uczestniczył w tajemnicy tego wydarzenia jako pobożny Żyd i zapragnął może wrócić do świetności Izraela. Do namiotu, do Synaju, do Mojżesza do obłoku chwały Pańskiej. O tym wszystkim czytał, znał to z opowiadań i dlatego proponuje postawienie trzech namiotów. Chce zostać. Jest mu tutaj dobrze. Nie do końca rozumie, że oto wszystko staje się nowe. I namiot i chwała Pana i Mojżesz i prawo a nawet głos Ojca, który proklamuje tę nową rzeczywistość objawioną i przyniesioną w Swoim Synie Jezusie Chrystusie. Przemiana! Aby orędzie zabawienia i oczywiście samo zbawienie nie tylko było głoszone, ale stało się udziałem każdego. A Ty Piotrze nasycaj się tym co przeżywasz aby kontynuować dzieło swego Mistrza. Góra Tabor to wydarzenie, które miało miejsce przed tym, co moglibyśmy nazwać Górą Golgotą. Obecność uczniów Jezusa i udział w Jego chwale ma być dla nich siłą i podporą gdy przyjdzie krzyż i śmierć Mistrza. Mają pojąć, że to co zobaczyli i usłyszeli jest przedsionkiem tego do czego zmierzają, co na nich czeka i do czego mają przyprowadzić wszystkie narody. A ja? Niech mnie to wydarzenie umocni, zbuduje i doda chęci do trwania, do walki i do bycia świadkiem, że jest Jezus, który przez Swoją śmierć i zmartwychwstanie otwiera dla mnie drzwi już nie tylko do owego przedsionka, ale do całego Królestwa Boga. Zapewne w życiu każdego z nas pojawi się jeszcze niejedna Góra Golgota. Problem, krzyż, cierpienie, upadek, zwątpienie. Nie stójmy w miejscu. Wejdźmy Górę Tabor czyli na górę modlitwy, spotkania z Jezusem a przede wszystkim Eucharystii. Niech Msza święta będzie tą Górą spotkania, która przemienia, uzdrawia, napełnia łaskami i wyposaża na dalszą drogę. Tam zaprasza nas Jezus mówiąc: Bierzcie i jedzcie, nasycajcie się, posilajcie wątłe siły i możliwości ludzkie. Chciejcie a Ja was przemienię czyniąc zwycięzcami. 

A tutaj nagranie homilii z dnia dzisiejszego. Znowu do poduchy? Pozdrawiam. ks. cezary 😊





PIĄTEK - 04.08.2017

Mt 13, 54-58
 A wszystko z powodu niedowiarstwa.

Jezus, przyszedłszy do swego miasta rodzinnego, nauczał ich w synagodze, tak że byli zdumieni i pytali: «Skąd u Niego ta mądrość i cuda? Czyż nie jest On synem cieśli? Czy Jego Matce nie jest na imię Mariam, a Jego braciom Jakub, Józef, Szymon i Juda? Także Jego siostry czy nie żyją wszystkie u nas? Skądże więc u Niego to wszystko?» I powątpiewali o Nim.
A Jezus rzekł do nich: «Tylko w swojej ojczyźnie i w swoim domu może być prorok lekceważony». I niewiele zdziałał tam cudów z powodu ich niedowiarstwa.


Bóg w Swoim Synie Jezusie Chrystusie przychodzi do człowieka i wchodzi w ten świat, aby go odnowić, uzdrowić i zbawić. Ale jak Go dostrzec? Jak Go rozpoznać? Pan Jezus wielokrotnie podpowiadał nam jak to uczynić, ale o tym innym razem. Dzisiaj widzimy Jezusa, który nie może uczynić żadnego cudu z powodu niedowiarstwa ludzi. I nie chodzi tu tylko o jakieś spektakularne cuda, ale o przemianę tych ludzi. Nie może dotknąć ich serc, gdyż nie mogli przebić się przez „powłokę” człowieczeństwa Jezusa. Ani Żydzi ani Jego słuchacze a nawet Jego ziomkowie, ci z najbliższego środowiska Jezusa. Tylko dlatego, że był spośród nich, tylko dlatego, że znali Pana i Jego najbliższych. Nie! Gdyby to mi powiedział jakiś autorytet z Ameryki, to tak, ale nie maja mama, albo brat czy babcia. Trzeba się przebić przez tę „powłokę” człowieczeństwa aby dotrzeć do obiecanego Mesjasza – Syna Boga. Trzeba się przebić przez „powłokę” chleba aby dotrzeć do Ciała Pana. Trzeba się przebić przez „powłokę” wina aby dotrzeć do Krwi Zbawiciela. Trzeba się przebić przez „powłokę” słowa aby dotrzeć do Prawdy. Wiara to nie wiedza. Wiara to postawa człowieka wobec Stwórcy. Wiara to odpowiedź jaką daje człowiek Bogu, który mówi i działa w Jezusie. Wiara to zawierzenie Temu w którego wierzę. A dzisiejszy fragment Ewangelii dorzuci jeszcze jeden aspekt wiary. Jest nim ryzyko, otwartość serca i zaufanie. A to wszystko po to, aby nasz Pan i Zbawiciel mógł wreszcie wejść, zamieszkać, zajaśnieć i dokonać cudu na miarę Swojej mocy a nie tylko naszych oczekiwań i wyobrażeń.

A poniżej jak poprzednio coś do poduchy, czyli do odsłuchania homilia z dnia dzisiejszego. Zapraszam i pozdrawiam życząc miłych snów. 😊



ŚRODA - 02.08.2017

Wj 34, 29-35
Jaka twarz?

Gdy Mojżesz zstępował z góry Synaj z dwiema tablicami Świadectwa w ręku, nie wiedział, że skóra na jego twarzy promieniała na skutek rozmowy z Panem. Gdy Aaron i Izraelici zobaczyli Mojżesza z dala i ujrzeli, że skóra na jego twarzy promienieje, bali się zbliżyć do niego. A gdy Mojżesz ich przywołał, Aaron i wszyscy przywódcy zgromadzenia przyszli do niego, i Mojżesz rozmawiał z nimi. Potem przyszli także Izraelici, a on nakazał im wszystko, co Pan mu powiedział na górze Synaj.
Gdy Mojżesz zakończył z nimi rozmowę, nałożył zasłonę na twarz. Ilekroć Mojżesz wchodził przed oblicze Pana na rozmowę z Nim, zdejmował zasłonę aż do wyjścia. Gdy zaś wychodził, mówił Izraelitom to, co mu Pan rozkazał. I wtedy to Izraelici mogli widzieć twarz Mojżesza, że promienieje skóra na twarzy Mojżesza. A Mojżesz znów nakładał zasłonę na twarz, póki nie wszedł na rozmowę z Panem.


Bardzo często jest tak, że gdy spotykamy człowieka, który nas choćby troszeczkę zna, potrafi on rozpoznać stan naszego wnętrza. Nasze oczy, nasza twarz przemawia i komunikuje światu to co się z nami dzieje. Mojżesz promienieje chwałą Boga. Izraelici już nie tylko widzą słup obłoku unoszący się nad Namiotem Spotkania. Oni spotykają człowieka – Mojżesza a w nim ten obłok, tę chwałę. Widzą samego Boga i w Mojżeszu z Nim i Jego słowem spotykają się. Bo Mojżesz miał Namiot, w którym Pan do niego mówił a on do Pana. Miał Namiot Spotkania a nie ulicę codzienności, gdzie przelewa się cały hałas tego świata. Podczas spotkania z ludem Mojżesz zasłania twarz, gdyż w niej obecny jest Bóg. A człowiek nie mógł widzieć Boga twarzą w twarz. Tak wielu ludzi mówi o tym, że w domu, w rodzinie czy wśród przyjaciół źle się dzieje. Tyle nieporozumień, problemów i brak pokoju. Znajdźmy czas, aby wejść do Namiotu Spotkania z Bogiem a On zacznie przez nas przemawiać i działać. Będziemy promieniować Jego chwałą, która powala kiedy trzeba, uzdrawia, gdy się źle mamy a potrzebujących nasyca. Bo to jest Bóg przecież! Ale żeby ON – Jezus był, trzeba być z Nim. Dokładnie tak jak to się stało na Górze Tabor. 

Kilka słów z dzisiejszej homilii do odsłuchania poniżej. Może do poduszki. Pozdrawiam.

Żeby podgłośnić, trzeba powiększyć klip.




WTOREK - 01.08.2017

Wj 33, 7-11; 34, 5-9. 28
Namiot czy bank?

Mojżesz wziął namiot i rozbił go za obozem, i nazwał go Namiotem Spotkania. A ktokolwiek chciał się zwrócić do Pana, szedł do Namiotu Spotkania, który był poza obozem.
Ile zaś razy Mojżesz szedł do namiotu, cały lud stawał u wejścia do swych namiotów i patrzał na Mojżesza, aż wszedł do namiotu. Ile zaś razy Mojżesz wszedł do namiotu, zstępował słup obłoku i stawał u wejścia do namiotu, i wtedy Pan rozmawiał z Mojżeszem. Cały lud widział, że słup obłoku stawał u wejścia do namiotu. Cały lud stawał i każdy oddawał pokłon u wejścia do swego namiotu. A Pan rozmawiał z Mojżeszem twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem. Potem wracał Mojżesz do obozu, sługa zaś jego, Jozue, syn Nuna, młodzieniec, nie oddalał się z wnętrza namiotu.
A Pan zstąpił w obłoku, i Mojżesz zatrzymał się koło Niego, i wypowiedział imię Jahwe. Przeszedł Pan przed jego oczyma i wołał: «Jahwe, Jahwe, Bóg miłosierny i łagodny, nieskory do gniewu, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w tysiączne pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech, lecz niepozostawiający go bez ukarania, ale zsyłający kary za niegodziwość ojców na synów i wnuków aż do trzeciego i czwartego pokolenia».
Natychmiast Mojżesz skłonił się aż do ziemi i oddał pokłon, mówiąc: «Jeśli darzysz mnie życzliwością, Panie, to proszę, niech pójdzie Pan pośród nas. Jest to wprawdzie lud o twardym karku, ale przebaczysz nasze winy i nasze grzechy, a uczynisz nas swoim dziedzictwem».
I był tam Mojżesz u Pana czterdzieści dni i czterdzieści nocy, i nie jadł chleba, i nie pił wody. I napisał na tablicach słowa przymierza – Dziesięć Słów.


Mojżesz, ten wspaniały lider narodu wybranego rozbija Namiot Spotkania, w którym spotyka się z Panem a cały lud widzi Jego chwałę - znak obecności Boga, znak spotkania, znak dialogu. Św. Jan w swojej Ewangelii mówi, że Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami i oglądaliśmy Jego chwałę… Greckie słowo w tym miejscu wyraża głębszą prawdę. Eskēnōsen oznacza nie tylko: zamieszkało, ale też: rozbiło namiot. Tym razem już nie Mojżesz i Izrael, ale Jezus i my. Bóg w Swoim Synie Jezusie rozbija namiot Swojej chwały, namiot Swojej obecności, namiot łaski, miłości i przebaczenia. Gdzie go rozbija? W Kościele, w świecie, w tobie i we mnie. Szczególnie zaś w Eucharystii. Ilekroć uczestniczymy we Mszy św. jesteśmy zaproszeni, aby wejść do tego Namiotu. Aby już nie tylko się przyglądać chwale Pana, obłokowi Jego obecności, ale z Nim być, rozmawiać twarzą w twarz, adorować, uwielbiać i spożywać. Namiot jest postawiony i rozbity od ponad dwóch tysięcy lat dla każdego człowieka bez wyjątku. Wystarczy tylko zaufać i do niego wejść i resztę zostawić Gospodarzowi. Popatrzmy jeszcze na nasze tabernakula w kościołach. To też jest namiot Jego obecności dla nas. Często niestety pomijany i zapomniany przez nas. Kiedyś, gdy budowano miasta w centrum stawiano kościoły - Namioty Spotkania ludu Bożego ze swoim Panem. Dzisiaj w centrach miast stoją banki – namioty spotkania z mamoną. Ciągle muszę wybierać, decydować. Nie ma lekko. A! I jeszcze jedno. Gdy Mojżesz wchodził do Namiotu Spotkania, cały lud stawał u wejścia do swego namiotu i widział słup obłoku i oddawał pokłon. Tak sobie po cichu rozważam… Dlaczego dzisiaj chrześcijanie gasną w swojej wierze i praktyce, dlaczego pustoszeją kościoły? Może dlatego właśnie, że Mojżesz (kapłan, ksiądz) nie wchodzi do Namiotu Spotkania, nie buduje żywej więzi z Panem, nie dba o relację z Nim, albo gdy w Nim jest chwała Pana się nie pokazuje. I wtedy lud jej nie widzi i odchodzi do innego „obłoku”, do innej „chwały” do innego „namiotu”. Proszę Was o modlitwę za nas, kapłanów, aby promieniowała przez naszą posługę chwała Pana.

Tutaj można posłuchać skróconej wersji homilii z dnia.  😄

                                                                                  

XVII Niedziela Zwykła. Rok A - 30.07.2017

Na całość czy na pół gwizdka?

Mt 13, 44-52

Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją».

«Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko?» Odpowiedzieli Mu: «Tak».

A On rzekł do nich: «Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare».


Dzisiejszy fragment Ewangelii jest kontynuacją nauki Pana Jezusa dotyczącej królestwa Bożego. Chrystus Pan najwyraźniej zaprasza swoich słuchaczy nie tylko do poznania prawdy o tym królestwie, ale do wejścia w nie, do stania się jego uczestnikami a potem głosicielami i propagatorami. Czymże ono zatem jest? Święty Paweł w Liście do Rzymian powie: królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym (Rz 14,17). A sam Pan Jezus wyjaśni: oto bowiem królestwo Boże pośród was jest (Łk 17,21). Podkreśla nie tylko to, że już jest między nami i że właśnie pojawiło się wraz z Jego przyjściem na świat. Sądzę, że Pan Jezus ich i naszą uwagę zwraca na fakt, że to On jest tym Królestwem, że Jego nauka – Ewangelia jest jego treścią. Nie tylko przynosi i obwieszcza to Królestwo, ale sam nim jest! Kto to pojmie i zacznie żyć treścią Ewangelii na co dzień – zbliży się i zjednoczy z Jezusem a ten, kto przyjdzie do Jezusa i pójdzie za Nim wejdzie w i do Jego Królestwa.

W pierwszym czytaniu z Księgi Królewskiej słyszymy Boga, który zwraca się do Samuela: „Proś o to, co mam ci dać”. Jaka jest odpowiedź króla Izraela, który objął tron po swoim ojcu Dawidzie? Niesamowita! Ale najpierw pomyślmy przez chwilę jaka by była nasza reakcja? Wyobraźmy sobie, że wieczorem przed snem przychodzi do nas Bóg i proponuje: proś o to, co mam ci dać i dodaje: masz tylko jedną jedyną okazję to uczynić. Możesz poprosić tylko raz. Ileż myśli, ileż potrzeb, ileż propozycji… A to auto już warto wymienić, a może do wakacji byś się Panie Boże dorzucił, a może pomoc w spłacie kredytu, albo niech moje konto w banku troszkę bardziej spuchnie, itd.  Tak, to wszystko jest potrzebne, bo przecież trzeba żyć na tym świecie, ale Samuel prosi o serce rozumne do sądzenia Bożego ludu i rozróżniania dobra od zła. Jako król Izraela był też jego sędzią, więc nie prosił o nic dla siebie, ale o to by mógł lepiej służyć i wypełnić powierzone mu przez Boga zadanie. Panu Bogu podoba się jego prośba i postawa, dlatego nie tylko obdarza go mądrością i roztropnością, ale dodaje mu bogactwo, sławę i długie życie. Dlaczego tak się dzieje? Bo Pan patrzy na serce, bo Pan szuka pokornych, bo Pan wreszcie:  „z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według Jego zamysłu”. (Rz 8,28) – pierwsze zdanie z dzisiejszego drugiego czytania. Piękne, niesamowite, aż nie do uwierzenia – Samuel nas chrześcijan uczy modlitwy, relacji z Bogiem i pokazuje co jest najistotniejsze. Jeśli zdecydujemy się to najistotniejsze wybrać porzucając lub poświęcając temu niby ważne, ale tutejsze – doczesne sprawy, nie zostaniemy sami. Bóg poprowadzi, zaopiekuje się i dorzuci według Swojej miary. Samuel znalazł swój skarb i zrezygnował ze wszystkiego, aby go posiąść.

W dzisiejszym fragmencie Ewangelii Pan Jezus zaprasza nas do podjęcia ryzyka, do postawienia wszystkiego na jedną kartę, do pójścia na całość a nie na pół gwizdka. A ta karta to On i Jego Królestwo, to ów skarb zakopany w roli lub perła, którą po długich poszukiwaniach znalazł kupiec. Zwróćmy uwagę na to, że człowiek w pierwszej przypowieści znalazł ukryty skarb. Może przypadkiem, mimochodem, może w ogóle o nim nie myślał, może niczego się nie spodziewał, może wcale nie szukał… nie wiemy. W drugiej zaś – kupiec szukał – może rok, może dwa a może całe życie… nie wiemy. Ale jedno jest tu chyba istotne – nie ważne jak i kiedy, ważne, że znaleźli i… oddali wszystko, powtórzmy wszystko, aby znalezione szczęście posiąść. No ok, spuśćmy trochę z tonu. Na początek zechciejmy owo nasze wszystko nie tyle oddać, sprzedać co podporządkować Jezusowi, Jego nauce, Jego Królestwu.  Czyli wybierzmy najpierw Jezusa i Jego Królestwo a wszystko inne będzie nam dodane. Taki przykład dał nam Samuel, a św. Paweł potwierdza, że Bóg „z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra”. Jeśli zabraknie w nas mądrości Bożej, czyli m.in. umiejętności posiadania i korzystania z dóbr tego świata,  to nawet wygrane lub zdobyte miliony po prostu nas zniszczą pozostawiając po sobie zgliszcza płonnych nadziei. A potem smutek, żal i rozpacz.

I na koniec. Królestwo w kolejnej usłyszanej dzisiaj przypowieści podobne jest do sieci zarzuconej w morze. Co ta sieć wydobyła? Nas wszystkich - ryby wszelkiego rodzaju. Uwaga! Mogę być w sieci Jezusa, mogę być złowiony przez Boga, bo jestem przecież ochrzczony i „chodzę do kościoła” (nienawidzę tego stwierdzenia, ale o tym innym razem), ale mogę do Niego nie należeć. „Jezus rzekł: zaprawdę, powiadam wam: celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” (Mt 21,31). Brr. Czasami tego się lękam. Wydaje mi się, że jestem, ale tak naprawdę znajduję się poza… „Gdy sieć się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili”.